Łecht
Poszarpany
lekko drżący
przesuwa się mimowolnie
pośród gwiazd tysięcy
Tkanka wyrzeźbiona na oko mistrza
i strzępy jej łączności
Wszystko staje się niczym
nicość zdaje się nabiera siły
tu gdzie Ciebie nie ma
tu ja
tylko ja
w gąszczach modłów zwykle klęcząc
moje ‘ja’ podupadło
Czyż można przytulić przestrzeń?
***
?
Ja
myślałam
nie mówiłam
Mówić
jest rzeczą zgrabną
zasadniczo prostą
Mówić można wiele
Wiązać słowa w zdania
zdaje się być nieuniknione
Cóz więc z tym co zostaje niewypowiedziane?
Słowa milczące bywają zdradliwe
zdradliwe dla serc
chcących uczcić niezwykłość
Dla serc drugich niewypowiedziane
bywa suchym pocałunkiem
lub dotykiem bez wyrazu
Niewypowiedziane
bywa namiętnością tańczącą nad przepaścią
To niewypowiedziane umrze
swą śmiercią milczącą
***
Noc sierpniowa
Spędziliśmy całą noc która wydawała się tak długa
na jękach wyśpiewanych wśród świateł mglistych
otoczyliśmy się ponętną wonią zgniłych winogron
nic nie było do ukrycia
nadzy
bezwstydnie zabijaliśmy się po kolei
wzrok utkwiony blisko w konar drzewa
oddalająca się rzeczywistość
i głos szepczący cicho
coraz ciszej
tak jakbyśmy zasypiali ukojeni kołysanką
przerywający obraz wśród cykad zasypiającego jeziora
zapach żegnającego się dnia
miliony gwiazd spoglądających na nas
z szyderczym uśmiechem
łzawiące niebo
zamienili nas w błoto…
***
Szkicownik
Jest zbyt ciemno by zauważyć
czyja to twarz
obrysowuje oddechem mój strach
jest zbyt zimno
nie bardzo czuję
skóra kłująca
Kałuże gorące jak wino
wino i śpiew mój zaginął
zaginął w łożu wytrzeźwień
odgadnij kim teraz jestem?
… – ‘Śmieć!’
Przelecieć chciał przez rzekę
myślał że zdąży
W połowie drogi zaczął spadać
w gęstą smołę
Mój anioł znów zgubił głowę
ręce i nogi
nawet nie ma czym zapłakać
nad losem swoim
Jakże okrutne jest i to życie
w farbach i graficie…
***
Nerwoból
Otchłań rozeszła się gdzieś
przestrzeń schowała się
został mały punkt
Odsłaniam się
rozbieram
chcę poczuć swe serce
swój oddech
żyłę
tętnicę
puls
Nie czuję nic
nie słyszę nic
znikłam
pozostał nerw
***
Ukojenie
Szum rozprzestrzenia się
kołysze swym dźwiękiem
rozportarte ramiona moje
wdycham mielodie
nienasyconej obłędem
z głębi wydobywająca się
kołysze mnie wiatr piasku
drażni oczy oddychające obrazem
dzikiej rozkoszy
malownicze, zbyt piękne
tu pozostać…
Chałupy, sierpień ’07
Komentarze są wyłączone Wspomnij na Twitterze